Jest źle, czyli o czytelnictwie w Polsce

by Adam "Ingmar" Jank on 3 września 2011

Post image for Jest źle, czyli o czytelnictwie w Polsce

Były wiadomości krzepiące, czas na taką, która optymizmem nie napawa. Nie należy do najświeższych – datuje bodaj na drugi miesiąc bieżącego roku. Ale nie mieliśmy (jako społeczność) okazji, by się do niej odnieść wcześniej. A rzecz jest ważna, uwagi warta. Chodzi mianowicie o ostatni raport, co powstał w oparciu o wyniki badań czytelnictwa w Polsce. Odpowiada za niego Biblioteka Narodowa oraz TNS OBOP (Ośrodek Badania Opinii Publicznej Sp. z o.o.). Zobaczmy, jak wypada nasz naród.

Dane liczbowe pochodzą z całkiem udanego artykułu, opublikowanego na łamach Wirtualnej Polski: Polacy to analfabeci. Naturalnie, zachęcam do przejrzenia całości. Tymczasem – najciekawsze fragmenty, wraz z komentarzem, przytaczam poniżej.

Zacznijmy może od cytatu:

Aż 56% Polaków nie czyta książek, w tym kucharskich czy słowników. 46% nie czyta artykułów, opowiadań albo innych krótszych tekstów.

Aż 46% Polaków nie czyta artykułów i krótszych form literackich. Zastanawiam się, czy w zestawieniu brano pod uwagę także publicystykę internetową (np. newsy sportowe, teksty plotkarskie), czy tylko tradycyjne, długie rozprawy naukowe i popularnonaukowe. Jeśli w grę wchodzi przypadek pierwszy, to sytuacja jest naprawdę zatrważająca. Spróbujcie to sobie wyobrazić – prawie połowa naszego społeczeństwa nie ma kontaktu ze słowem pisanym. Co to oznacza? Rezygnację z ważnej władzy poznawczej lub bardziej dosadnie – wtórny analfabetyzm.

Kto czyta? Prosty rachunek sugeruje, że kolejno 54% (w ogóle) i 44% (książki). Nie wygląda to tak źle, przynajmniej z perspektywy książek. Wypada jednak zapytać – kto czyta regularnie? I tu się statystyka sypie. 12% Polaków w ciągu ostatniego roku przeczytało co najmniej siedem książek. Przebijają się przez więcej niż jedną książkę w ciągu dwóch miesięcy. Z perspektywy uczestnika akcji „52 książki” wydaje się to być raczej mało, ale autorka artykułu zalicza ich do grona moli książkowych.

Ach, dodajmy może jeszcze, że słowo „książka” jest dość ogólne; do tej „grupy” należy także literatura fachowa, z którą osoby na konkretnych stanowiskach po prostu muszą mieć styczność. Ale czy na pewno – muszą? Dalsze dane pokazują, że nie jest to rzecz oczywista.

Wyniki badań czytelnictwa za rok 2010, przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową i TNS OBOP, nie podnoszą na duchu – mówi dyrektor BN dr Tomasz Makowski. – Szczególnie niepokoi fakt, że aż 20% osób z wyższym wykształceniem – czyli tych, którzy nas uczą, leczą, budują nam domy i mosty – w ogóle nie czyta, a więc nie podnosi i nie aktualizuje swoich kwalifikacji zawodowych.

I cóż tu powiedzieć? Mamy inżynierów, których nie interesują nowe rozwiązania techniczne, lekarzy, co postanowili zejść ze szlachetnej drogi rozwoju, prawników, nie znajdujących czasu na czytanie rozporządzeń rządowych, a nawet księgarzy, bibliotekarzy i nauczycieli, co stwierdzili, że dalsza lektura jest zbędna. I nie są to, niestety, wiadomości oderwane od rzeczywistości. Spotkałem się ostatnio z dwoma czy trzema pracownikami bibliotek, którzy zgodnie oświadczyli, że nie mają ani czasu, ani ochoty na obcowanie ze słowem pisanym. Książki mają opisy na okładkach – sam zatem mogę się wyedukować. W pewien sposób zabawne.

Naturalnie, sytuacja panująca w środowisku szkolnym lepsza nie jest. Co czwarty uczeń nie sięga nawet po opracowania lektur. Mniejsza już o same lektury – niechęć do nich jest głęboko zakorzeniona i chwilami nie najgorzej uzasadniona – ale opracowań nawet nie czytać? I jak w takich warunkach można budować świadome społeczeństwo, mające w wolnym czasie obcować ze sztuką i kulturą wyższą? Nijak.

W przypadku takich badań odzwierciedlenie też znajdują typowe, niestety, podziały społeczne. Im większe miasto, tym i odsetek czytelników większy. 66% mieszkańców wsi od roku nie obcowało z żadną książką. Pojawia się też klasyczny wątek płciowy: kobiety czytają więcej. Po prostu. Wybierają też inne lektury. Częściej sięgają po pozycje opiewające związki, bogate analizą psychologiczną; rzadziej szukają adrenaliny i akcji. Te ostatnie wybierają mężczyźni.

Swoją drogą – książka jako źródło adrenaliny brzmi – nawet z mojej, męskiej perspektywy – dość absurdalnie.

Sterta lektur, autor zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/emiline220/

No, dobrze, ale może trend jest ogólnoświatowy, może wcale nie wypadamy źle. Niestety – nie. Analogiczne badania przeprowadzano w innych krajach europejskich. Najlepiej wypadały Francja oraz Czechy. Podczas gdy w Polsce do przeczytania jednej książki rocznie przyznało się 44% respondentów, tam kolejno 69% (Francja) i 83% (Czechy). I co? Jest źle, po prostu.

Jak sytuację poprawić? Próbują to robić autorzy akcji promujących czytelnictwo, próbujemy to robić – by nie szukać daleko – także my. O innych inicjatywach i projektach pojawią się, oczywiście, wiadomości. Bo warto być zaangażowanym.

Lecz co leży u źródeł problemu? Warto sobie uzmysłowić, w jaki sposób Polacy zdobywają nowe lektury. Chętnie korzystamy z bibliotek, zbiorów domowych oraz tych, co gromadzą nasi znajomi. Niechętnie kupujemy. Rząd, w osobie Ministra Kultury Bogdana Zdrojewskiego, obiecuje wspierać biblioteki oraz powołać Narodowy Program Rozwoju Czytelnictwa. Obietnica pochodzi z lutego, minęło już parę miesięcy, wkrótce sprawdzimy, jak przebiega jej realizacja.

Cóż dodać na koniec? 12% Polaków czyta regularnie. To nadal nie brzmi tak zatrważająco. Warto jednak sobie uzmysłowić, po jaką lekturę nasz naród sięga. Wystarczy spojrzenie na pierwszą lepszą listę bestsellerów. Fantastyka, kryminały, pseudo-psychologiczne poradniki. Nie chcę okopywać się na pozycji przeciwnika literatury popularnej. Wprost przeciwnie. Ale chciałbym zobaczyć wyniki badań, które obrazowałoby stan czytelnictwa tzw. literatury ambitnej, angażującej intelektualnie. Byłoby to, zapewne, zatrważające doświadczenie.

No nic – do czytania! Sprawmy, by w przyszłoroczne badania zaskoczyły Czechów. :]

{ 6 comments… read them below or add one }

JeZZoo Wrzesień 3, 2011 o 21:54

Nie do końca rozumiem podsumowanie zawarte w ostatnim akapicie. Obcesowe traktowanie odbiorców literatury „niewysokiej” w kontekście powyższego artykułu jest trochę nie na miejscu. Z jednej strony autor ubolewa nad niskim „spożyciem” książek, a z drugiej strony twierdzi, przynajmniej ja tak odbieram ostatni akapit, że kryminał czy fantastyka się nie liczy, a przynajmniej jest gorszy. To trąci snobizmem.
Niestety nigdy nie było i chyba nigdy nie będzie tak, że jako ogół będziemy się zachwycać kulturą wysoką, ona często jest kierowana do zbyt wąskiego grona odbiorców, zbyt hermetyczna. Często też wyznacznikiem wysokości literatury (czy sztuki w ogóle) jest właśnie jej niezrozumiałość. Z resztą łatwiej sobie wyobrazić relaks po długim dniu pracy przy Piekarze czy Larssonie, niż Nietzschem czy Kancie.
Chyba więc lepiej, że ktoś przeczyta kilka książek Danielle Steel niż by miał odłożyć Ulissesa po przebrnięciu przez 10 stron.
Myślę, że na razie lepiej działać na rzecz zwiększenia czytelnictwa w ogóle, a dopiero potem działać na rzecz kultury „wyższej”. Z resztą samo zwiększenie liczby czytających w pewnym przynajmniej stopniu przełoży się na liczbę czytających rzeczy „ambitne”. (cudzysłów w tym akapicie użyty umyślnie, bo wydaje mi się, że wartościowanie sztuki nie zawsze ma sens)

Odpowiedz

milvvi Wrzesień 3, 2011 o 22:15

Przede wszystkim – co do kwestii, którą poruszasz na samym końcu – mało kto traktuje książkę jako „przedmiot do konfrontacji”. Wielu ludziom książka zastępuje raczej rozrywkę innego typu, komedię, sensację czy horror, niż autora-rozmówcę – tj. potencjalnego adwersarza razem z jego wizją świata i konsekwencjami tejże. Problemem jest więc zanik, czy też rzadkość, zjawiska czytania w sensie stricte intelektualnym; a za tym podąża zawężenie oddziaływania „szerokiej”, rzetelnej, wypracowanej myśli na społeczeństwo – i choć sam mechanizm nie jest nowy, to dawniej dało się tłumaczyć choćby względnie powszechnym analfabetyzmem, a dziś chyba tylko lenistwem i bezwładem umysłowym.
W każdym razie kwestia czytelnictwa (i pokrewnych czynników) wydaje się szczególnie istotna w demokracji. Podstawą funkcjonowania tego ustroju jest masa „interaktywnych” obywateli – tj. takich, którzy dość elastycznie reagują na argumenty, fakty i działania; w innym przypadku przecież wisi zawsze groźba skutecznego populizmu.

Odpowiedz

Tomasz "KoZa" Kozioł Wrzesień 4, 2011 o 16:02

„Ale chciałbym zobaczyć wyniki badań, które obrazowałoby stan czytelnictwa tzw. literatury ambitnej, angażującej intelektualnie. Byłoby to, zapewne, zatrważające doświadczenie.”

Ing, ale takie badania – jeśli byłyby przeprowadzone tylko na polu książek, nie były miarodajne. Jedyny źródłem fantastyki są, cóż, książki fantastyczne i opowiadania. Natomiast źródłem ambitniejszych treści są nie tylko książki, ale też dziesiątki pism, portali i blogów. U mnie w skali roku leci dla przykładu może z 5-7 książek fachowych, a cała reszta to rozrywka – głównie właśnie fantastyka. Ale za to co tydzień od deski do deski czytam Wprost, posiłkując się kilkoma blogami i portalami. I myślę,że nie jestem odosobnionym przypadkiem. :]

Odpowiedz

Murdzyk Wrzesień 5, 2011 o 09:16

Pragne przypomnieć, że istnieje wiele książek z grona fantastyki, które skłaniają do przemyśleń ot choćby powieści Janusza Zajdla, czy Lód Dukaja. Snobizm literatury „wyższej” lub czasem również zwanej „pięknej” w żaden sposób nie pomogą w szerzeniu czytelnictwa i propagowaniu tych właśnie pozycji.
pracę powinno zacząć się od podstaw, czyli kanonu lektur szkolnych. Należy sprawdzić niektóre pozycje i wymienić je innymi lub dodać tam pozycje atrakcyjniejsze dla uczniów aby w ten sposób nauczyć ich, że czytanie to przyjemność a nie przykry obowiązek, z kórego zostaną później odpytani.

Odpowiedz

Adam "Ingmar" Jank Wrzesień 6, 2011 o 14:10

JeZZoo – tak, rzeczywiście, jak teraz przeczytałem ostatni akapit, to zauważam, że jest on niejednoznaczny. Może to i lepiej. Podobnie niejednoznaczny jest mój stosunek do literatury popularnej. To także sprzeczność wewnętrzna, bo samemu jestem jej konsumentem i cieszę się, że jest na rynku. Z drugiej strony – jest we mnie pewien niepokój, gdy uświadamiam sobie, że czyta regularnie te 12% Polaków, ale, że to, co czytają, należy często do tej samej grupy, co „Jak być młodym po 40-stce” Krzyśka Ibisza.

To trudny problem, analizowany już na różnych szczeblach akademickich. Zachęcać do literatury – jasne, rzecz oczywista. Ale do jakiej? Na co kłaść nacisk? Celem programów rządowych jest (przynajmniej na płaszczyźnie teoretycznej) podnoszenie świadomości i kompetencji społeczeństwa. Czy odbywa się to także przez promocję literatury masowej? Czy należy promować tylko pozycje z „wyższej półki”? Czy po prostu zachęcać do czytania „wszystkiego i po prostu”, licząc, że ludzie będą sięgać i do dzieł popularnych, i do tych angażujących intelektualnie? Kiedy jest lepsza konwersja celu „świadome społeczeństwo”?

Twoje odczytanie rzeczywiście trąci snobizmem. Raczej nie o to mi chodziło. I nie uważam, że kryminał czy fantastyka, to literatura gorsza. Inna, bo inne zadanie przed nią stoi. Jest dla mnie niejednoznaczna w kontekście projektu, jaki ma być w Polsce wdrażany. Ale po krótkiej refleksji – a do tej mnie Twój komentarz zachęcił, dzięki :] – myślę, że lepiej oddać wybór w ręce obywateli i na tym najwyższym szczeblu promować sam akt czytelniczy. Niemniej – rzecz jest ciekawa. Pewnie ją rozwinę w postaci jakiegoś dłuższego artykułu i jeszcze ze dwa razy skrytykuję.

Czy ogół może się zachwycać kulturą wysoką? Nie sądzę. Ale chodzi również o przeniesienie akcentów. Tzw. klasa średnia lub nowe mieszczaństwo to docelowa grupa odbiorców (i nabywców!) sztuki w nowoczesnym społeczeństwie. Czyli ma nastąpić proces „zmniejszenia elitaryzacji” i próba osadzenia środka ciężkości gdzieś pośród szerszych kręgów ludzkości.

I tak, w zasadzie podpisuję się pod dalszą częścią Twojego komentarza. Też nie wyobrażam sobie lektury Kanta bezpośrednio po pracy. Intelektualnych sił starcza na telewizyjny program rozrywkowy, książkę – tylko w najlepszym wypadku i o ile ma akcję dość szybko pędzącą.

milvvi – lenistwo i bezwład umysłowy? Z pewnością. Lecz – jak je przerwać, jak wzniecić zaangażowanie? Fajnie, że piszesz o demokracji. :] Nasz obecny ustrój polityczny zdecydowanie należy do tych, których skuteczność zależy w dużej mierze od poziomu świadomości i krytycyzmu każdego obywatela, nie tylko klasy rządzącej. Prawdziwa demokracja jest systemem otwartym na dyskusję i działania intelektualne. Nie wydaje się to jednak możliwe w atmosferze marazmu i zniechęcenia, przerywanych jedynie poślednimi rozrywkami.

Tomasz „KoZa” Kozioł – Czy badania nie byłby miarodajne? Zależy, co postawiono by za cel sprawdzenia. Wydaje mi się, że wystarczy liczbowo sprawdzić, jakie gatunki literackie są czytane i w jakim procencie, z położeniem nacisku właśnie na „literaturę fachową”. W przypadku gazet i magazynów też rzecz wydaje się (metodologicznie) możliwa. Wystarczy sprawdzić, ile osób w ogóle to medium czyta, a następnie, jak rozkładają się akcenty. Ile procent łapie Fakt, ile Joy, a ile Nowa Krytyka. x]

Oczywiście, nie da to pełnego obrazu „refleksji nad literaturą”, bo jak słusznie rzecz zastała zauważona – refleksja może przyjść i podczas lektury harlekinów. :] Ale mogłoby to zarysować pewne tendencje.

Murdzyk – jasne! Popieram tym bardziej, że sam lubię Zajdla. Tyle, że jego proza jest niszowa w kontekście np. „Zmierzchu”, gdy mówimy o ogóle fantastyki. Niemniej – wydaje się, że rozwój (szczególnie – rozwój zawodowy) następuje efektywniej podczas lektury opracowań konkretnych zagadnień tematycznych niż podczas luźnej refleksji „poksiążkowej”. Ta z kolei może być sposobem na uwolnienie pokładów kreatywności, nie przeczę. :]

Och, uważam że kanon lektur zdecydowanie łapie się pod kategorię „sztuki” czy też „literatury wysokiej”. Tym większy ból, że nawet opracowań nie czytają ostatnio.

Odpowiedz

M. Grudzień 31, 2011 o 13:48

A propo ostatniego akapitu – nie zgodzę się. Moim zdaniem lepiej czytać tanie romansidła typu „harlequin”, niż nie czytać w ogóle. Oczywiście, że wtedy taka lektura może nie bardzo rozwija nasz intelekt, ale kontakt ze słowem pisanym się liczy. Poza tym , przyznam szczerze – literatura „poważna” – czyli np. Kant, Hegel i różne inne wielkie dzieła mnie nudzą. Wiem, że zabrzmi to okropnie, ale przysypiam przy takiej lekturze ;) a muszę tu podkreślić, że zaliczam się do moli książkowych, mam w pewnym serwisie zapisane książki, które przeczytałam w 2011 roku i jest ich na dzień dzisiejszy równo 173, więc przebijam wszystkie te statystyki, ale nie chodzi mi o to, żeby się chwalić, tylko o to, żeby podkreślić, że większość z tych książek, które przeczytałam, to literatura popularna, kryminały, powieści, thrillery, nawet jakieś szmiry pt. „Byli małżeństwem, on ją rzucił, ona zaczyna nowe życie i szmery-bajery”…ale przecież w czytaniu liczy się to, żeby mieć z tego przyjemność. Wolę czytać dla własnej przyjemności tanie kryminały, które mnie wciągną bez reszty, niż np. wielkie traktaty filozoficzne i męczyć się z nimi, po to, żeby móc je „odhaczyć jako przeczytane i być z tego dumnym :)

Odpowiedz

Leave a Comment

{ 1 trackback }

Previous post:

Next post: