Zapowiadaliśmy już parę razy, że o innych akcjach promujących czytelnictwo pisać będziemy. Do dzieła zatem przystępujemy – oto inicjatywa „Czytam – Kupuję”. Posiadacze Facebooka mogą kojarzyć ją pod inną nazwą. Rzecz pojawiła się w sieci jako wydarzenie, założone właśnie na tym popularnym portalu społecznościowym. Jego tytuł brzmiał „Ratujcie kulturę czytania: kupujcie i czytajcie książki!”. W ciągu tygodnia na apel odpowiedziało ponad 10 tys. użytkowników. Dlaczego warto być następnym? Zobaczmy.
Na początek – cytat:
„Jedna książka to koszt dużej pizzy, trzech paczek papierosów, kilku piw w pubie. Rozrywek, na które większość ludzi sobie pozwala. Zrezygnuj z jednej imprezy i kup książkę ulubionego wydawnictwa, zostanie ona w Twoim domu na dłużej i nie pozostawi po sobie kaca. To działanie jednostkowe, ale jeśli przyłączy się do niego wiele osób, może uda nam się zmniejszyć zapaść na rynku książki?”
To także hasło akcji; myśl, co za nią stoi. Łatwo dostrzec, że autorzy chcą nam przekazać dwie ważne informacje. Pierwsza brzmi: książki są tanie. Koncept może budzić oburzenie. Wszak wydawnicza nowość potrafi kosztować 60 zł – i nie jest to najwyższa cena, na jaką można się natknąć. Zatem – czy książki są tanie? Tak. Wystarczy, że zestawimy je z innymi dobrami konsumpcyjnymi. Duża pizza, parę piw, wypad do kina – porównywalne pieniądze wydane, a jedyny ślad, jaki pozostaje, to wspomnienia i ewentualna niestrawność. Literatura zaś regał zdobi, a i przeczytać po raz drugi można. Czysty zysk? Raczej nie. Trwały? Jak najbardziej.
Informacja druga, lekko ukryta, brzmi: polski rynek wydawniczy znajduje się w stanie zapaści, kryzysu. Książek kupujemy mniej, bankructwo grozi wielu branżowym firmom.
„Tak złego okresu, jak od początku tego roku, już dawno nie było. Sprzedaż niemal wszystkich wydawców zmniejszyła się w porównaniu z poprzednimi latami nawet o jedną piątą”. – opublikował Dziennik Gazeta Prawna
Dalsze dane także nie napawają optymizmem: mniejsza ilość nowości na rynku (spadek z 5 do 4,5 tys.), mniej pozycji, zaprezentowanych na wydawniczych targach (ogólna liczba zmalała o 1/3) i tak dalej. Skromniejsze przychody to, oczywiście, groźba upadku pomniejszych rynkowych „graczy”. Najwięksi zapewne utrzymają się – niejeden kryzys za nimi – lecz wydawnictwa niszowe i lokalne staną przed poważnym problemem.
Co robić? Kupować, po prostu. Szybki wgląd w sytuację sugeruje, że pieniądze najlepiej przeznaczać na pozycje niszowe. Raz – by wspierać, dwa – cóż, to może być ostatnia szansa na nabycie danego tytułu. Wiadomość to może niezbyt przyjemna, ale takie są realia recesji.
Warto także dołączyć do stosownego wydarzenia na Facebooku (potrwa do 31 grudnia bieżącego roku) oraz polubić związaną z nim stronę:
Wydarzenie: Ratujcie kulturę czytania: kupujcie i czytajcie książki!
Strona akcji: Czytam – Kupuję



{ 7 comments… read them below or add one }
Nie za bardzo to lubię, ale przyjmę tutaj pozycję oponenta.
Nie za bardzo wiem, i chyba nie chciałbym tak naprawdę wiedzieć na co jest nastawiona ta akcja.
OK, w założeniach jest pewnie promowanie czytelnictwa jako takiego, ale końcowy sukces będzie najpewniej widoczny w przychodach wydawnictw, a nie poziomie czytelnictwa za rok 2011.
Większość (bo nie wszystkie) wydawnictw zastosowała przed wprowadzeniem VAT ruch wyprzedzający podnosząc ceny swoich książek, średnio o 5zł. Było to już samo w sobie niezbyt jasne, bo jak by nie liczyć to zmiany w podatkach nie były tak duże, żeby łącznie ze wszystkich składowych przy produkcji książki wyszło aż 5zł. Możliwe, że jakichś kosztów nie wziąłem pod uwagę, bo nie robię w wydawnictwie.
Niestety, po nowym roku zauważalna była kolejna podwyżka, w przypadku popularniejszych nowych pozycji o 2-3zł, tłumaczona już oficjalnie właśnie VATem. I już ta kwota wpasowywała się ładnie w moje obliczenia. W międzyczasie doszły mnie słuchy, że pierwszy wzrost cen był reakcją na znaczny spadek przychodów wydawnictw pod koniec roku 2010. Również byłoby to swego rodzaju zabezpieczenie dające ogólnie bufor finansowy dla potencjalnego 15% spadku przychodów w 2011 roku (przy założeniu wzrostu ceny książki o 5zł).
Co ciekawe obecnie również powoli, ale jednak, rosną ceny książek. Jak w poprzednim roku średnia cena książki wynosiła 27,90-29,90-32,90zł tak teraz oscyluje w przedziale 34,90-37,90, a często spotykam się już z nowościami za 39,90zł. I w tym momencie marginalizuję fakt, że maleje ilość stron w przeciętnej książce.
Łącząc teraz to z akcją 52 książki wychodzi wydatek rzędu 2 tys. zł, średnio większy względem poprzedniego roku o 200-300zł.
Do tego, porównując z tymi popularnymi wydatkami: dobra pizza 60cm dla dwóch osób za 32,90 zł (ceny z Olsztyna) wydaje się być atrakcyjniejsza, 16 piw lub 3 paczki dobrych papierosów również. W perspektywie powtarzania tego tydzień w tydzień jest to już super opcja. Chociaż pizze wymieniałbym okresowo na sushi (nadal wychodzi taniej). Na razie, jeszcze kino wychodzi drożej (dla dwóch osób) ale wygląda na to, że tylko chwilowo.
Tak więc, trzeba mieć dużo samozaparcia i/lub klapki na oczach, tudzież być zapalonym bibliofilem, żeby kupować książki regularnie i to jeszcze w liczbie 52 rocznie. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem dla każdego zdrowo myślącego czytelnika bez maniakalnej chęci posiadania (no i tu ja odpadam) jest okresowe przypuszczanie szturmu na mniej lub bardziej lokalną bibliotekę :)
Tak więc polecam hasło „Czytam – staram się nie zbankrutować” albo „Czytam – wypożyczam z biblioteki” :)
Dlaczego ratujmy? Niech bankrutują skoro nie wiedzą co i jak wydawać. 40 zł za książkę to przegięcie. Kupuję dużo książek, ale nigdy za więcej niż za 20 zł. Mam całą półkę wydań kieszonkowych – średnio 16 zł. Oprócz tego korzystam z tanich składów książki, gdzie można kupić NOWE książki za mniej niż 10 zł.
Jeśli mam wybór pomiędzy filmem w kinie za 16 zł i książką za 40 zł to zdecydowanie wolę iść dwa razy do kina. Jednorazowy wydatek w obu przypadkach. Nie czytam dwa razy tej samej książki.
Wracając jeszcze do sposobu wydawania książek, to za przeproszeniem rzygać mi się chce jak widzę coraz większą czcionkę, coraz szersze marginesy i grubszy papier. Sztuczne zwiększanie objętości to największa zbrodnia wydawnicza jaką można popełnić. Cud, że jeszcze nie pobankrutowali z takim podejściem do czytelnika.
Cała ta akcja czytam – kupuję na pewno jest sponsorowana. Niech żyją biblioteki!
Chętnie kupię polskie książki na Kindle. Tylko niech je zaczną sprzedawać. Papierowych nie kupuje. Nie mam już więcej miejsca na półkach. Jak wydawnictwa mają problem to niech zaczną szukać klientów.
fri2go
Nie lubisz przyjmować pozycji oponenta? Szkoda. x] Z tego, co czytam – całkiem fajnie Ci to wychodzi.
Oczywiście, „połączenie” obu akcji (tej wzmiankowanej i naszej – 52 książek) w sposób bezrefleksyjny byłoby, zapewne, równoznaczne ze znacznym przeciążeniem budżetu. Nie na kieszeń Polaka jest regularne, cotygodniowe, kupowanie nowości wydawniczych. Nie wydaje mi się również, aby to był cel owej akcji. Chodzi raczej o zachętę do kupowania – po prostu. Liczbę nabytych pozycji winien już każdy we własnym zakresie dostosować.
Można, naturalnie, doszukiwać się tutaj jakiegoś niejasnego celu ukrytego. Że wcale nie o promocję czytelnictwa chodzi, a bogacenie się wydawnictw, które zbyt wysokie ceny narzucają. Może nawet – że akcja „ustawiona” czy „nadgorliwie patronowana”. To możliwe, ale ja nie lubuję się w teoriach spiskowych. Dlatego zostanę przy swojej, nieco wyidealizowanej, wizji oddolnej akcji obywatelskiej.
Wracając do wzrostu cen – dostrzegam przynajmniej trzy czynniki, które mogą go powodować. Pierwszy jest związany z rzeczoną akcją – to spadek ilościowy. Skoro kupujemy mniej, to cena za sztukę musi być wyższa, by wydawca wychodził z korzyścią na sprzedaży. Wydaje się, że zwiększenie ogólnego spożycia książek mogłoby spowodować zmniejszenie tempa wzrostu cen. Bo nie sądzę, naprawdę, by trend miał się zmienić. W najlepszym wypadku – nastąpi spowolnienie. Dlaczego? Kolejne dwa czynniki.
Drugim jest zatem wspominany już wzrost podatku VAT, bodaj najbardziej odczuwalny w ostatnich miesiącach. O ile z pierwszym można „walczyć” oddolnie, o tyle ten może być zmieniony jedynie ustawowo. Ale jesteśmy w ostatniej fazie kampanii parlamentarnej i są chyba opcje polityczne, które proponują tegoż zniesienie. Przy okazji – wydaje się, że nawet ewentualne przywrócenie dawnego VAT-u nie zmniejszyłoby cen książek. Może by, ponownie, wpłynęło korzystnie na tempo wzrostu.
Trzeci wreszcie powód, być może najmniej przyjemny, to ogólny wzrost cen. Zarabiamy więcej pieniędzy, więc analogicznie rosną ceny. Dość ciekawa sytuacja. Bo choć w portfelu pęk banknotów grubszy, to zdolność konsumpcyjna pozostaje na tym samym poziomie. Wydaje się, że to zjawisko po prostu zachodzić będzie. I wpływ na nie mamy znikomy.
Z trzech przytoczonych przyczyn jedynie o pierwszą można toczyć bój. Ja próbuję, tj. staram się dość regularnie kupować książki. Oczywiście – nie w ilości 52. A dlaczego? Pomijając już typową przyjemność związaną z faktem nabywania towarów – uważam, że to się opłaca w szerszym kontekście. Przeniesienie nacisków na biblioteki to fajna wizja, tania, opłacalna. Tyle że ani biblioteki, ani rządowe programy nie sprawią, że na rynku będą pojawiać się nowe książki. W realiach gospodarki rynkowej pisarz musi się sprzedawać, by móc kontynuować owocną pracę w zawodzie. A mojemu sercu pisarstwo jest bliskie, podobnie, jak literatura ogólnie i wkładu tejże w budowanie ludzkiej kultury. Dlatego kupuję i do kupowania zachęcam.
No, a wracając do bardziej przyziemnych tematów – 16 piw za 32 złote? Damn, to chyba możliwe jest jedynie przy spożywaniu produktów z tej samej „półki”, co biedronkowy VIP. x]
Zresztą, chodziło mi akurat o tzw. piwo w pubie, co można np. przy meczu wychylić. Ceny oscylują w granicach 6 – 12 zł, więc jedna książka to raczej „kilka” niż „kilkanaście”.
lol
40 zł to przegięcie? Dyskusyjna teza. Wydaje mi się, że dużo zależy od gatunku, objętości czy formy wydania. Powiedzmy, że to dość dużo, jak za fantastykę np. spod znaku „Fabryki słów” – gdzie występują wszystkie symptomy, o których piszesz – duża czcionka i marginesy niemałe. Ale kupiłem ostatnio za taką cenę świetnie wydaną pozycję (700 stron, obrazki, ryciny i tak dalej) i nie żałuję, po prostu.
Przybliżysz nam dokładniej te „tanie składy książki”? Pierwszy raz słyszę taką nazwę, a brzmi zachęcająco. :]
Co do relacji książka/kino – cóż, w moim gdyńskim przypadku kino kosztuje nie 16 a 20 lub 25. Gdy wypad z partnerką, to i cena rośnie dwukrotnie. Nie wspominając o dodatkowej aprowizacji w postaci jedzenia i napojów towarzyszących.
Ach, no i podtrzymuję twierdzenie, że książka jest trwalsza niż film. Prosta rzecz – zostaje po seansie. I nie chodzi o to, czy czytasz dwukrotnie, czy nie, ale że masz ją jako przedmiot. Jest możliwość ponownej lektury, można też pożyczyć czy… sprzedać na Allegro, odzyskując część pieniędzy. To, oczywiście, kolejny dość kontrowersyjny temat, szczególnie z perspektywy wydawców, ale ja z ochotą patrzę na rozwój drugiego obiegu produktów.
mikolaj
O, e-booki to kolejny ciekawy temat. Podzielisz się z nami informacjami na temat cen? :] Nowe książki w wersji cyfrowej wychodzą po prostu taniej? Czy jedynym wyraźnym zyskiem jest wolna przestrzeń w domu?
Piwa policzyłem z marszu: szeregowa książka z MAG’a (39,90zł) i piwo Specjal w puszcze (2,50zł). Wyszło 16 sztuk :)
Co do cen, to VAT tak średnio winny tym wszystkim wzrostom, bo jak napisałem wcześniej, powinno wyjść dużo mniej niż jest faktycznie. Wg mnie trochę się te wydawnictwa zapędziły w podwyżkach pod płaszczykiem VATu i niedługo im się to porządnie odbije. A ogólny wzrost cen? no jest. Tylko, że nie aż tak szybki. Z tego co pamiętam z ekonomii, wyznacznikiem jest cena bochenka chleba. A ta się jakoś od roku albo dwóch nie zmienia za bardzo i zmienić się nie chce. Niby ktoś gdzieś porównywał, ile można było kupić kiedyś a ile teraz za tą samą kwotę, ale to też nie była taka duża różnica. Wszystko wskazuje na to, że książka będzie towarem co raz bardziej luksusowym.
Tak swoją drogą: dzisiaj byłem w empiku i natknąłem się na „Agenta JFK” z Fabryki Słów. Każdy tom – ledwo 200 stron i każdy kosztuje równo 30zł.
Ja jeśli kupuję, to kieszonkowe egzemplarze w drogeriach, marketach (np. ostatnio za 9,90 „Moje rzymskie wakacje” w Rossmanie). Na razie można powiedzieć, że nie zarabiam – kieszonkowe się nie liczy! – i żal mi wydać, powiedzmy, 35 zł w Empiku. Dużo też zależy, GDZIE kupujemy. Empik uważam za jeden z droższych sklepów, porównując z Matrasem, gdzie ceny są dużo niższe i można załapać się na wiele przecen.
Nie wnikając już w żadne teorie spiskowe i akcje sponsorowane, zgodzę się: kupujmy książki. Może z umiarem, by nie zbankrutować, ale kupować powinniśmy. I wcale tu nie ma mowy o hurtowych ilościach. Dwie, trzy książki miesięcznie w zamian za inne przyjemności i wcale nie mamy aż tak szokujących kwot. Bo przecież „naród istnieje, dopóki istnieje jego kultura.”
Książki fajnie jest kupowac, ale gdyby były troche tańsze, bo 40 zł to wcale nie mało, a argument o wydawaniu podobnych kwot w pizzeriach, czy pubach – dośc dziwny…
Kieszonkowe wydania to niezły pomysł, do tego mozna dorzucić jeszcze kupowanie uzywanych książek , sporo tego teraz jest na ogłoszeniach, czy aukcjach, o tu np. http://sprzedajemy.pl/ksiazki-i-podreczniki . Ja w ten sposób zaopatruję się w czytadła, jest duuużo taniej, no i oczywiście zostaje biblioteka!